Publikacja: | Aktualności / Baszta /

Z głębokim smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Pani Felicji Lycyny Nahorskiej „Lucy” z domu Brudnickiej – żołnierza Armii Krajowej, Sanitariuszki Powstania Warszawskiego z batalionu "Olza" Pułku AK "Baszta", skarbniczki Środowiska Żołnierzy Pułku Armii Krajowej "Baszta" i Innych Mokotowskich Oddziałów Powstańczych.

Zawsze uśmiechnięta i pogodna, obecna na wszystkich naszych ważnych uroczystościach Uczelni Łazarskiego i z checią dzieląca się swoimi doświadczeniami. Na zawsze pozostanie w naszej pamięci!

Na kampusie UŁa na pierwszym piętrze, w sektorze A/B znajaduje się tablica pod hasłem #Tacy jak My, przedstawiająca biogram Pani Lucyny, z której treścią można zapoznać się także poniżej.

 

FELICJA „LUCY” NAHORSKA (z domu Brudnicka) – podczas Powstania Warszawskiego miała 16 lat

Urodziła się 6 stycznia 1928 roku w Warszawie. W czasie II wojny światowej była sanitariuszką, salową, należała do Komendy Głównej Armii Krajowej - pułk „Baszta”. Została ranna 25 września 1944 roku na ul. Wejnerta. Po Powstaniu wyszła z Warszawy z ludnością cywilną.

„Była taka atmosfera, że coś wybuchnie, że będzie Powstanie i wydaje mi się, że wszyscy tego chcieli, łącznie z moimi rodzicami. Takie jest moje odczucie, że chcieli się jakoś na Niemcach odegrać, tak to zapamiętałam. Miałam powiedziane, że jak wybuchnie Powstanie, to mam się zgłosić do szpitala Sióstr Elżbietanek na ulicę Goszczyńskiego. Tak też zrobiłam.”

„W szpitalu była doktor Łążyńska i siostra Tertulia. Jakoś widocznie przypadłam im do gustu. Chodziłam z nimi zmieniać opatrunki, żadnych wielkich czynności nie wykonywałam. Raczej oceniam to w obecnej sytuacji, że byłam salową. Byłam słabo wyszkolona i bardzo młoda - miałam szesnaście lat… W wolnych chwilach doktor Łążyńska i siostra Tertulia zabierały mnie ze sobą, żeby jakieś opatrunki zmienić, coś potrzymać. Jakieś takie prace wykonywałam. Pamiętam, że strasznie mnie siostra Tertulia obrugała, bo raniutko o czwartej dałam jakiemuś choremu jabłko i ten chory widocznie był głodny czy coś, bo dostał torsji, więc ona krzyczała na mnie, że ma być im dane najpierw coś ciepłego. Dałam im jabłko, bo to było Powstanie. Nie miałam nic innego, tak to wyglądało.”

„Dzień śmierci doktor Łążyńskiej bardzo przeżyłam - to było tragiczne. Tę doktor poznało się tylko po pantoflu, tak zmasakrowane było ciało, bo odłamki wpadły. To był straszny dzień. Ponadto do szpitala przyszedł ojciec jednego z moich przyjaciół. Ewaryst Grześkowiak zginął na Czerniakowie, a koledzy go przynieśli i był chowany w Parku Dreszera. W czasie tego pogrzebu też był nalot, strzelanina jakaś, odłamki leciały.”

„Bombardowanie rozpoczęło się wtedy, jak padł ten pocisk, od którego zginęła doktor Łążyńska. Prawdopodobnie padł on przypadkowo. Wtedy ordynator szpitala kazał wywiesić znak Czerwonego Krzyża na dachu i od tej pory zaczęło się systematycznie - samolot za samolotem, pociski. Zaczęli tłuc w ten szpital już regularnie.”

„Bardzo dużo osób było usytuowanych w piwnicach, tam też były wykonywane operacje. Słabo było także z lekami. Wiem, że operacje głównie odbywały się tylko pod znieczuleniem chlorkiem etylu. Straszny też był dla mnie widok chorego na tężec. To był młody chłopak, miał bardzo poranione nogi. Te rany nie goiły się kompletnie, a on leżał z zaciśniętymi szczękami. Bywało nawet, że krew mu strużkami ciekła - straszne to było. Nie wiem, czy przeżył, czy nie przeżył. Właśnie doktor Łużyńska ciągle mnie szarpała, żebym razem z nią zmieniała mu opatrunki.”

„W żadnej akcji bojowej nie brałam udziału. Głównie skupiałam się na tym, żeby rannemu opatrunki pozakładać, coś ugotować. Chodziliśmy do nas do domu, to znaczy do moich rodziców, przynosiliśmy jakąś mąkę, kluski kartoflane i żeśmy gotowali, żeby było co jeść. Ponieważ byłam jedyną dziewczyną, to gotowałam jedzenie. Zresztą nocowałam w szpitalu, do domu to wpadałam na chwilę po jakiś prowiant.”

Warszawa, 16 marca 2007 roku
Rozmowę prowadził Maciek Bandurski
Muzeum Powstania Warszawskiego